Jak przejść Mały Szlak Beskidzki w 5 lub 6 dni bez namiotu? Pełen opis trasy!

mały szlak beskidzki

Mały Szlak Beskidzki to szlak turystyczny czerwony o długości 137 km według oficjalnych źródeł. Biegnie od Straconki w Bielsku Białej (Beskid Mały) do szczytu Lubonia Wielkiego (Beskid Wyspowy).

To czwarty pod względem długości szlak polskich Karpat, po Głównym Szlaku Beskidzkim (GSB, 496 km), Szlaku Karpackim Rzeszów – Grybów (445 km) i szlaku Tarnów – Wielki Rogacz (184 km). Mały Szlak Beskidzki przebiega przez te tereny Beskidów, które omija GSB – Beskid Mały, Beskid Makowski i Beskid Wyspowy.

Przeszłam Mały Szlak Beskidzki w 5 dni, plus jeden dzień w trakcie na odpoczynek po trzecim dniu. Czy dałabym radę przejść MSB w 5 dni bez dnia na odpoczynek?

Nie wiem. Ale szczerze wątpię.

Może gdybym od pierwszego dnia stosowała się do własnych porad praktycznych. Tylko, że nauczyłam się ich na własnych błędach po drodze 😉 Więc zakładam, że bez dnia odpoczynku byłoby skrajnie ciężko.

Plan pięciodniowy polecam Ci, jeśli jesteś w bardzo dobrej kondycji fizycznej, ćwiczysz regularnie co najmniej trzy razy w tygodniu, regularnie jeździsz w góry, przeszedłeś/przeszłaś już w swoim życiu szlaki blisko 30 kilometrów i masz na swoim koncie chociaż weekendowy trekking z plecakiem.

Jeśli nie podpisujesz się pod tym bez wahania – zaplanuj dzień przerwy tak jak ja lub rozważ wersję 6-cio dniową (czytaj uważnie sekcje „alternatywne rozplanowanie dnia”). Mierz zamiary na siły, żeby nie zrobić sobie krzywdy, albo zamiast przyjemnego trekkingu, nie skończyć z płaczem na kamieniu w połowie drogi 😉

Jak chodzi o wyzwania planistyczne. Pierwszym jest nocleg, a drugim jedzenie – gdzie jeść, ile jedzenia nosić, kiedy i gdzie robić zakupy. Pamiętaj o zaplanowaniu nie tylko trasy, ale też zakupów i miejsc posiłków. Koniecznie sprawdź poniższy post, w którym znajdziesz porady praktyczne 🙂

8 rzeczy, które musisz wiedzieć zanim wybierzesz się na Mały Szlak Beskidzki. Porady praktyczne.

Mały Szlak Beskidzki

Mały Szlak Beskidzki w liczbach – moje przejście:

Całość mojej trasy:

Dystans z zegarka: 154,4 km z podziałem dziennym: 28 / 26 / 34,5 / 36 / 30 km. Sam Mały Szlak Beskidzki ma mniej kilometrów (137 km), ale zaczyna/kończy się na szczycie Lubonia Wielkiego, na który trzeba się dostać. Do tego nadrabiałam kilometry dojściem do noclegów. No i parę razy się zgubiłam i musiałam wracać 😉

Przewyższenie: 6541 m z podziałem dziennym 1418 / 1146 / 1027 / 1620 / 1330 m

Kroki: 271062

Czas: W sumie około 62 godziny w 5 dni

Spalone kalorie: 15109 kcal

Mały Szlak Beskidzki w 5 dni – plan

Ja startowałam z Beskidu Wyspowego i kończyłam przejście w Bielsku-Białej. Jest to z tego co widzę mniej popularny kierunek, ale mnie pasował bardziej. Głównie dlatego, że z Bielska mam bliżej do domu i znacznie łatwiejszy dojazd 🙂 Trasę możesz spokojnie odwrócić, jeśli wolisz.

Ale wydaje mi się, szczególnie z perspektywy czasu, że to jest łatwiejszy kierunek. Najbardziej strome i jedne z bardziej wymagających podejść na szlaku to Lubogoszcz i Luboń Wielki w Beskidzie Wyspowym. Nie chciałabym mieć ich przed sobą w ostatnim dniu.

Dzień 0: Przyjazd do Rabki-Zdrój

Jak już wspomniałam, Mały Szlak Beskidzki zaczyna się na szczycie Lubonia Wielkiego. Najlepiej wspiąć się na niego z Rabki-Zdrój.

Gorąco polecam Ci tak zaplanować przyjazd do Rabki, żeby przed wyruszeniem móc spokojnie zrobić zakupy, porządnie zjeść i się wyspać. Nie polecam planować dnia w biegu lub dojazdu na miejsce późno. Możesz przenocować w Rabce lub chcąc ułatwić sobie start w Mały Szlak Beskidzki, możesz też wspiąć się na Luboń Wielki i przenocować tam w schronisku.

Ja wybrałam nocleg w Rabce w pensjonacie Noclegi u Nawary. W Rabce zrobiłam też zakupy na dwa dni, bo kolejne planuję dopiero w Myślenicach.

Dzień 1: Rabka Zdrój – Luboń Wielki – Kasina Wielka

Realny dystans od noclegu do noclegu: 28 km.
Realny czas wliczając odpoczynki: 11,5 h

Ruszam z Rabki-Zdrój niebieskim szlakiem w stronę początku MSB – Lubonia Wielkiego. Leje. Nie daję sobie zepsuć humoru, ubieram w pelerynę siebie i plecak. Żałuję tylko trochę, że najbardziej widokową część szlaku pokonuję właśnie we mgle i w deszczu – ale nic to. Jest pięknie mimo to. Entuzjazm mnie nie opuszcza.

Żwawo idę pierwsze kilometry, ignorując sygnały od organizmu, że czas byłby coś przekąsić, czy zdjąć plecak i dać chwilę odpocząć ramionom. „Zjem i odpocznę w schronisku na Luboniu” – myślę. Takie rzeczy są w porządku przy jednodniowej trasie na lekko, ale w tym przypadku jeszcze zapłacę za ten błąd… 😉

Po niecałych 8 kilometrach jest. Luboń Wielki i początek Małego Szlaku Beskidzkiego.

Szkoda, że nie ma widoków – ale trudno. Jestem podekscytowana i ciągle pełna energii. Jem, suszę, rozgrzewam się w schronisku, które wpuszcza mnie do środka trochę nielegalnie. Przez pandemię powinni sprzedawać jedynie jedzenie/napoje na wynos. Ale prawie nikogo nie ma, więc litują się nad zmokłą kurą 😉

Dalej trasa prowadzi w dół piękną okolicą do Mszany Dolnej, gdzie zatrzymuję się na obiad.

Biorę też porcję na wynos na kolację, bo wiem, że w Kasinie Wielkiej nie ma restauracji, a na przygotowanie niczego mogę nie mieć ani sił, ani ochoty. Obiad był pyszny (restauracja Magnolia, polecam!), ale pełny brzuch nie posłużył mi dobrze przed podejściem na „postrach MSB” – Lubogoszcz. To 4 kilometry wyjątkowo nieprzyjemnego podejścia, które w przypadku mojej trasy wypadło na kilometry 18-22.

Tutaj zaczęły odzywać się wszystkie wcześniej popełnione błędy. Brak regularnych odpoczynków, zero ściągania plecaka na trasie. Jedzenie nieregularne, ciągnięcie „na oparach” najpierw do schroniska, potem do restauracji i najadanie się tam do pełnego brzucha. Zaczęło też wychodzić moje niedoszacowanie czasu przejścia. Wiedziałam już, że nie będę w Kasinie o 18, tak jak zakładałam, a co najmniej godzinę, albo i dwie później.

Zejście z Lubogoszczy w stronę Kasiny jest równie strome i kamieniste, trzeba było ostrożnie stawiać zmęczone już stopy. Zaczęło robić się ciemno, a mnie zaczęło dopadać zmęczenie i frustracja, że już tak późno, a ja mam jeszcze kilka kilometrów przed sobą. Za to o zmierzchu na szlak wyszło MNÓSTWO salamandr! Musiałam uważać, żeby żadnej nie nadepnąć. I całe szczęście, że wyszły, bo na chwilę podbudowało to moje, wtedy już bardzo niskie morale.

Ostatnie trzy kilometry do zakwaterowania szłam już wzdłuż drogi asfaltowej po względnie płaskim terenie. Dobrze, bo mogłam iść szybciej, ale miałam wrażenie, że przejście każdych stu metrów trwa wieczność.

Zakończyłam dzień w Pokojach na Wzgórzu w Kasinie Wielkiej. To kwatera najbliżej szlaku, którą udało mi się znaleźć, oddalona od niego o około 1,5 km.

„Co to za problem, dojść 1,5 km do noclegu”, pomyślisz. Na etapie rezerwacji też tak myślałam. Ale uwierz, że w trasie każde 100 metrów ma znaczenie. Całe szczęście, że nie pokusiłam się o ładniejszy nocleg „jedynie” kilometr dalej! 😉

Dotarłam do noclegu około godziny 20, 2 godziny później niż początkowo zakładałam. Zjadłam zimne pierogi, umyłam się i padłam spać jak zabita, pomimo zakrapianej imprezy w pokoju obok, z której słyszałam każde słowo.

Alternatywne rozplanowanie dnia

Tutaj moim zdaniem nie warto kombinować, jest to dobry odcinek trasy do pokonania. Ewentualnie warto pomyśleć o dojściu na Luboń Wielki w „Dzień 0”. Kasina jest idealnym miejscem noclegowym.

Jeśli chcesz pokonać szlak w krótszych odcinkach – możesz ten dzień podzielić na pół. Wtedy zatrzymaj się na nocleg w Mszanie i w Kasinie. To może być dobra opcja szczególnie w przypadku trasy w drugą stronę, z Bielska na Luboń.

Dzień 2: Kasina Wielka – Myślenice

Realny dystans od noclegu do noclegu: 26 km.
Realny czas wliczając odpoczynki: 11h

Dzwoni budzik. Podnoszę powiekę, ruszam nogą. Boli mnie całe ciało, szczególnie nogi i ramiona. Poświęciłam 5 minut na rozciąganie mięśni i masaż ramion. Pomogło o tyle, że każdy ruch przestał mnie boleć 😉 Cieszę się, że czeka mnie najkrótszy (choć nie krótki) dzień.

Jem śniadanie, pakuję kanapki i ruszam na szlak. Głównym szczytem tego dnia jest Lubomir, najwyższy szczyt Beskidu Makowskiego należący do Korony Gór Polski.

Początek trasy biegnie nadal Beskidem Wyspowym i prowadzi malowniczym lasem w górę i w dół. Znów leje. Do takiego stopnia, że mokra byłam również pod peleryną i sama nie byłam pewna, czy to już deszcz, czy jeszcze pot. Ale wiesz co? Uwielbiam taki tajemniczy, wilgotny las. Jego zapach, szum.

Więc deszcz sam w sobie mi nie przeszkadza, do pewnego stopnia się nim cieszę. Jego główna wada? Nie nastraja mnie do regularnych odpoczynków, zrzucania plecaka. Drugi dzień z rzędu robię ten sam błąd – znów idę, ile fabryka dała aż do dłuższego postoju przed ostatnim podejściem na Lubomir, czyli około 10 kilometra. Tam znajduję ławki pod daszkiem dla strudzonych wędrowców, odpoczywam kilkanaście minut i jem, przemarzając przy tym do szpiku kości. Morale leci w dół.

Po kolejnych 3 kilometrach docieram na Lubomir. Na jego szczycie znajduje się obserwatorium astronomiczne – i to jedyna jego atrakcja 😉 Kiepską ma opinię wśród zdobywców Korony Gór Polski, i do pewnego stopnia rozumiem dlaczego – dojście częściowo asfaltem, z trasy i ze szczytu nie ma widoków. Ci, którzy przyjeżdżają w okolice specjalnie, aby zdobyć Lubomir mogą czuć się rozczarowani. Ale jako część dłuższej wędrówki był super. Cieszyłam się, że to już najwyższy punkt dzisiejszej trasy 😉

Kolejnym punktem trasy jest schronisko PTTK na Kudłaczach. Piękne i malownicze, a zupa pomidorowa w końcu mnie porządnie rozgrzewa.

No, to stąd już będzie łatwo, 10 kilometrów z górki, co to dla mnie!

Z górki większość czasu może i było. Ale znów odezwały się rezultaty popełnionych i tego i poprzedniego dnia błędów. Teraz nawet jak odpoczywałam, to pomagało tylko na krótką metę, a te 10 km wydawało się nigdy nie kończyć. Ramiona bolały, nogi zdawały się być z ołowiu, stopy pulsowały palącym bólem. Do tego doszedł problem natury jelitowej. Powiem tyle… Noś ze sobą w góry chusteczki. Nigdy nie wiesz, kiedy będą niezbędne 😉

Końcówka drugiego dnia to był zdecydowanie najgorszy moment jak chodzi o samopoczucie zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Miałam ochotę usiąść i płakać. Z perspektywy czasu mówię, że to dobrze. Było mi to bardzo potrzebne, żeby wyciągnąć wnioski na kolejne dni – i na całe górskie życie.

Kiedy w końcu dotarłam do Myślenic, przed pójściem do sklepu siedziałam 15 minut na ławce, bez butów, ciesząc się, że przeżyłam. Na ostatnich oparach kupiłam potrzebne na kolejny dzień jedzenie i doczłapałam do noclegu w Reklińcu.

A miejsce na nocleg było absolutnie wspaniałe. Nie chodzi o same pokoje, które były takie sobie. Ale restauracja w tym samym budynku, o tej samej nazwie <3  Wystarczyło po prysznicu doczłapać w kapciach schodami na dół, usiąść w cieple, zamówić jedzenie. I piwo. I wino z porzeczek. I deser. Wiele bym dała, żeby każdy dzień na szlaku móc kończyć w takim miejscu. Polecam!

Alternatywne rozplanowanie dnia

Jako, że to najłatwiejszy (teoretycznie 🙂 ) dzień na mojej trasie, nic nie zmieniłabym w rozplanowaniu. Zmieniłabym jedynie swój reżim odpoczynków 🙂

Na trasie opcją noclegową jest też schronisko PTTK Kudłacze. Niestety nie w czasie pandemii.

Dzień 3: Myślenice – góra Chełm – Stryszów

Realny dystans od noclegu do noclegu: 34,5 km.
Realny czas wliczając odpoczynki: 13h

Dzwoni budzik. Podnoszę powiekę, ruszam nogą. Boli mnie całe ciało, szczególnie nogi i ramiona. I całe plecy. I trochę głowa przez wino porzeczkowe. Niczego nie żałuję 😉

Rozciąganie, poranna toaleta, śniadanie, pakowanie kanapek – i ruszam. Pierwsze kilometry dzisiejszego dnia prowadzą przez Myślenice. Urocze miasteczko. Wydaje mi się, że szlak kręci większą pętlę po mieście, niż jest to konieczne. Ale przynajmniej jako turystka zapamiętałam, że to przyjemne miejsce 🙂

Po 4 kilometrach wchodzę znów na pola i do lasu. Dziś cały dzień trasa ciągnie się przez Beskid Makowski. To pasmo górskie nie ma dobrych opinii. Asfalt, zero widoków, nuda – można często o nim przeczytać. Nieprawda! Ten fragment pięknie udowadnia wartość Beskidu Makowskiego.

Co pierwsze rzuca się w oczy, to kapliczki. Mnóstwo ich można znaleźć przy szlaku. To w końcu papieskie okolice 🙂

Po drugie – wyszło słońce i pomalowało las spektakularnymi świetlnymi smugami. Jak to cieszy po dwóch dniach deszczu!

mały szlak beskidzki

Dzisiaj do pokonania długi dystans. Szlak biegnie przez las, w górę i w dół. Na trasie nie ma żadnego „ważnego” szczytu, będę mijać za to wiele pagórków.

 Nauczona poprzednimi dniami staram się bardziej regularnie odpoczywać. Zrzucam plecak, masuję sobie ramiona, rozciągam się chwilę co 2 kilometry. Ale nadal robię błędy. Czuję mocne zmęczenie około dwa kilometry przed najwyższym punktem na trasie (Babica, 728 m na 17stym kilometrze). Mimo to nie odpoczywam dłużej wtedy, kiedy moje ciało o to prosi, a idę, powtarzając sobie, że odpocznę na szczycie. Docieram tam resztką sił, dziękując wszechświatowi, że to już. Morale są gdzieś pomiędzy zero a minus siedemset. A wystarczyło odpocząć wcześniej…

Ale odpoczynek wygląda lepiej niż poprzednio. Wyciągam nogi z butów, masuję sobie stopy. Ściągam stanik sportowy, który zaczął mnie obcierać na ramionach. Od tej pory zawsze w góry jeżdżę bez stanika 😉  Siedzę około pół godziny i cieszę się słońcem, powietrzem, szumem wiatru. Dochodzę do siebie, ładuję baterie.

Wstaję pełna nowej energii i entuzjazmu. Dam radę!

Kontynuuję trasę – w górę i w dół, leśnymi i polnymi drogami. Pojawia się widok na Babią Górę. To przepiękny fragment przez Beskid Makowski i każdy, kto uważa, że to pasmo jest niewarte uwagi, zapraszam do przejścia tej trasy.

Nadal staram się regularnie odpoczywać i dzięki temu czuję się nieźle. Po 30 kilometrach docieram na górę Chełm. To tutaj zejdę z Małego Szlaku Beskidzkiego do wsi Stryszów, do pięknego noclegu nad stawami, żeby tam przenocować i jeden dzień odpocząć. Myśl o dniu odpoczynku mnie pcha do przodu 😉

Ze szczytu góry Chełm dzwonię do jedynej restauracji w okolicy (Resto Fresh) i proszę o dowóz pizzy na godzinę 20 do zakwaterowania. Myślę, że będę miała spory zapas czasu, że się umyję, zanim przyjedzie picka…

Hehe, optymistka.

Zejście do Stryszowa początkowo było miłe i przyjemne. Słońce zaczęło powoli zachodzić, czułam się dobrze. Aż do momentu kiedy… szlak wprowadził mnie na czyjeś pole i zniknął. Nie, nie pomyliłam się – ten szlak naprawdę tak szedł, tylko na polu nie było ani widocznej ścieżki, ani oznaczeń. Musiałam wyciągnąć telefon i iść przez pole, w krzakach po pas według GPSu (dzięki cywilizacjo za tą technologię). Byłoby to nawet zabawne, gdyby nie ponad 30 kilometrów w nogach…

Piękne widoki i światło. I szlak przez pole 😉

Wymęczyło mnie to totalnie. Cała siła i wigor, który nadal miałam w głowie wyparował po przeprawie przez pole. Kiedy w końcu doszłam do asfaltu i szlaku, marzyłam już tylko o dotarciu na miejsce. Zaczęło boleć mnie wszystko. Jednocześnie wiedziałam, że muszę się sprężyć, jak chcę dostać swoją pizzę.

Dotarłam na miejsce. Pizza trzy minuty później. Zjadłam ją CAŁĄ. Po raz pierwszy i jak dotąd ostatni w życiu, zwykle mam dość po połowie 😉

Alternatywne rozplanowanie dnia

Na odcinku między Myślenicami a schroniskiem na Leskowcu jest problem z noclegiem. Ja wiedziałam, że chcę mieć dzień odpoczynku, więc szukałam przyjemnego miejsca też w okolicznych wsiach, poza Małym Szlakiem Beskidzkim i znalazłam Na Stawach w Stryszowie (polecam!)

Od chłopaków poznanych na szlaku dowiedziałam się, że krótki kawałek poza trasą, nieco przed górą Chełm jest dom rekolekcyjny, w którym można się zatrzymać. Adres to Zakrzów 76. Czy polecam – nie wiem, ale warto przemyśleć, jeśli nie chcesz robić nadprogramowych kilometrów. Wówczas trasa nie przekracza 30 kilometrów – zobacz mapę tutaj.

Gdybym planowała trasę drugi raz myślę, że zatrzymałabym się w domu rekolekcyjnym.

Zasłużony odpoczynek

W Stryszowie czekał mnie dzień odpoczynku. Leżałam w słońcu nad jeziorem i czytałam książkę bez cienia poczucia winy, że jestem leniwa 🙂 Chociaż w efekcie i tak się okazało, że przeszłam 7 kilometrów. 1,5 km do sklepu i z powrotem, a potem 2 km do restauracji i z powrotem. Ale przynajmniej po płaskim i w klapkach 😉

Zrobiłam zakupy na kolejne dwa pełne dni. Ze względu na pandemię nie byłam pewna, czy w schronisku na Leskowcu i w Chatce pod Potrójną będzie można coś zjeść, wyposażyłam się więc w składniki na kanapki i zrobiłam ich cały stos, aby nie stresować się jedzeniem przez kolejne dwa dni.

Dzień 4: Stryszów – Góra Chełm – Chatka pod Potrójną

Realny dystans od noclegu do noclegu: 36 km.
Realny czas wliczając odpoczynki: 14h

Dzwoni budzik. Jest 5 rano. Dzisiaj nie mogę sobie pozwolić na późny start, bo do przejścia mam aż 36 kilometrów i 1600 metrów przewyższenia. Dla odmiany wszystko boli mnie nieco mniej i czuję, że odpoczynek zrobił mi dużo dobrego.

Ale za to stresuję się. Przeżywam, czy nie przeszacowałam swoich fizycznych zdolności, czy na pewno dam radę. W poprzedni dzień na szlaku miałam do przejścia 1,5 km mniej i również mniej przewyższenia, a na miejsce dotarłam ekstremalnie zmęczona. Ubieram się i pakuję plecak z uciskiem w klatce piersiowej, przytłoczona dystansem, który mam do pokonania.

Obiecuję sobie, że dzisiaj podejdę do sprawy rozsądnie. Wprowadzam twardy reżim odpoczynków. 5 minut co godzinę, bez plecaka i o ile to możliwe, bez butów. Nawet, jeśli w danym momencie nie czuję, że potrzebuję – nieważne, trzymam się tego jak świętości.

Po niecałych pięciu kilometrach pod górę, znów przez pole, ale tym razem już dzięki doświadczeniu, bez problemów nawigacyjnych 😉 wracam na górę Chełm, na Mały Szlak Beskidzki.

Trasa prowadzi stąd w dół do miejscowości Zembrzyce, gdzie 2-3 kilometry trzeba przejść drogą asfaltową. Asfalt męczy mnie bardziej, niż leśna droga. Czuję różnicę w stopach, męczą się znacznie szybciej. Pod koniec asfaltu, czyli po ponad 12 km tego dnia siadam na mało malowniczej kupie kamieni zostawionych po utwardzaniu drogi, czy innych pracach renowacyjnych. Znów ściągam buty, jem kanapki i słodycze.

Od tego miejsca czeka mnie kawał drogi pod górę. 6 km podejścia na Gołuszkową Górę i Żurawnicę, później zejście do Krzeszowa i kolejne 5 km podejścia na najwyższy punkt dzisiejszej trasy – Leskowiec.

Nadal trzymam się wprowadzonego reżimu odpoczynków i tym sposobem docieram do Krzeszowa w dobrym stanie. Robię sobie dłuższy niż planowany odpoczynek na przystanku autobusowym – a to dlatego, że zaczęło padać.

W końcu przestaję liczyć na to, że pogoda się poprawi, zakładam pelerynę i mierzę się z ostatnim większym podejściem dzisiejszego dnia. Na jednym z postojów niemal usiadłam na salamandrze, która kryła się w dziurze w pieńku 🙂

O dziwo – to podejście minęło znacznie szybciej, niż się spodziewałam. Niekoniecznie czasowo, ale mentalnie 😉 Pod schroniskiem na Leskowcu zameldowałam się w niezłej formie i nastawiona bardzo pozytywnie. Co więcej, udało się nawet wejść do środka, ogrzać, zjeść schabowego i wypić piwko – na co w pandemii liczyłam po cichu, ale nie ośmielałam się na głos 😉

Ze schroniska na Leskowcu zostało mi „tylko” 8 kilometrów z mojej 36 km trasy do dzisiejszego noclegu – Chatki pod Potrójną. Te kilometry schodziły z licznika już BARDZO opornie. Szczególnie, że część szlaku łagodnie, ale jednak prowadziła pod górę…

Nie miałam ochoty już trzymać się dokładnie mojego planu odpoczynków, chciałam jak najszybciej dotrzeć na miejsce i zamknąć ten dzień sukcesem. A z drugiej strony organizm te odpoczynki na mnie wymuszał, co mnie frustrowało.

Po 14 godzinach w trasie (5:30 – 19:30) dotarłam szczęśliwie do Chatki pod Potrójną.

A to miejsce dopiero jest klimatyczne!

Dostałam ciepłą kwaśnicę i zimne piwo, prysznic i pokój z 14 miejscami do spania na wyłączność. Gospodarz pożyczył mi nawet śpiwór, za co serdecznie dziękuję – w innym przypadku spałabym w polarze i owinięta ręcznikiem 😉 Wolę nie myśleć, ile osób spało pod nim przede mną – ale wtedy było mi wszystko jedno.

Alternatywne rozplanowanie dnia

Biorąc pod uwagę moją sugestię modyfikacji dnia 3 i nocleg w domu rekolekcyjnym, dzień 4 robi się od razu nieco bardziej „zjadliwy” i zamyka się w 32 km (mapa).

Jeśli chcesz go skrócić jeszcze bardziej, możesz zakończyć trasę w schronisku na Leskowcu. Stamtąd jednak zostaje 38 km do końca szlaku w Bielsku. Dla mnie za dużo na raz na dzień 5, ta opcja wymagałaby jeszcze jednego noclegu w okolicy Góry Żar lub Żarnówki Małej (mapa).

Dzień 5: Chatka pod Potrójną – Bielsko-Biała Straconka

Realny dystans od noclegu do końca: 30 km.
Realny czas wliczając odpoczynki: 13h

Dzwoni budzik. Boli mnie wszystko. Wstaję, pakuję rzeczy. Schodzę na dół do jadalni, zjadam wcześniej przygotowane kanapki, popijam kawą. Wychodzę… i aż ciężko mi  uwierzyć, że dzisiaj już idę do domu 😉 Po zejściu do Bielska planuję zjeść ogromną pizzę w pobliskiej pizzerii, autobusem dostać się na dworzec i złapać pociąg do Katowic.

Witają mnie piękne widoki w okolicy Potrójnej. Ale już po pierwszych kilometrach wiem, że to będzie ciężki dzień. Po pierwszym rozruszaniu się nic mnie niby nie boli. Ale idę wolniej, plecak jest cięższy.

Szlak idzie lekko w górę i w dół aż do stromego podejścia na Kiczerę.

W tej części Beskidu Niskiego, w okolicy Góry Żar jest też znacznie więcej ludzi.

Po 13-14 kilometrach, przed Górą Żar zaliczam kolejny poważny kryzys na trasie. Czuję się jak wariatka, bo niemal płaczę ze zmęczenia, a idę asfaltową drogą prowadzącą do stacji kolejki górskiej w otoczeniu ludzi w sandałach.

Docieram do restauracji na szczycie Żaru. Nie planowałam postoju tutaj, ale czuję, że albo zalegnę tu na krześle, albo mogę się pożegnać z ukończeniem MSB dzisiaj. Zamawiam piwo i pierogi i rozsiadam się na prawie godzinę.

Góra Żar

Pomogło. W zdecydowanie lepszej kondycji idę dalej. Teraz czeka mnie zejście do zapory w Porąbce, później ostatnie podejście na MSB (!!!) na Hrobaczą Łąkę. Podejście ma 4 kilometry i myślę sobie, że jak to mnie nie zabije, to już nic 🙂

Schodzę do Porąbki, przekraczam zaporę. Odpoczywam znów porządnie przed podejściem.

Biorę głęboki oddech i… krok za krokiem, powoli zdobywam ostatni szczyt na trasie! Nie pamiętam wiele z tego podejścia. Uruchomiłam autopilota, pamiętając tylko o regularnych odpoczynkach. W schronisku na Hrobaczej Łące przybijam tylko pieczątkę i idę dalej. Ostatnie 7 kilometrów MSB!

Znów końcówka zaczyna mi się dłużyć. Każdy kilometr wydaje się trwać zdecydowanie za długo. W międzyczasie nad Bielskiem zaczyna przepięknie zachodzić słońce. Mam dość siły, żeby zachwycać się światłem, ale zdecydowanie nie tyle, żeby wyciągnąć aparat.

Na ostatnich dwóch kilometrach gubię szlak – zagapiłam się i nie zauważyłam odejścia z szerokiej drogi w mniejszą ścieżkę w las. Muszę się cofać jakieś 300 metrów pod górę, co nie robi dobrze mojemu morale.

Ale kiedy zaczynam widzieć zabudowania… kiedy wśród drzew pojawia się wieża kościoła w Straconce, przy którym kończy się Mały Szlak Beskidzki… prawie płaczę ze szczęścia. To są niesamowite emocje. Zmęczenie niemal zwala z nóg, ale nie da się powstrzymać uśmiechu, że ZROBIŁAM TO!!

Alternatywne rozplanowanie dnia

Nie polecałabym tu modyfikacji innych, niż ewentualnie podział tego dnia na mniejsze części i przenocowanie w Żarnówce Małej. Uważam, że był to dobrze zaplanowany dzień. Ciężki na sam koniec, ale możliwy do wykonania.

Mały Szlak Beskidzki – podsumowanie

Mały Szlak Beskidzki to jedno z moich lepszych górskich przeżyć. Nie łatwych. Ale pięknych. I to nie ze względu na spektakularne widoki, bo tych na trasie nie ma zbyt wiele. Ale ze względu na emocje, na to, czego się nauczyłam o swoim ciele, o jego reakcjach, o mojej psychice przy skrajnym zmęczeniu. Oprócz tego umysłowo odpoczęłam jak nigdy. W trasie nie istnieją problemy życia codziennego. Istnieją tylko kolejne kilometry do przejścia, co i gdzie zjeść, kiedy odpocząć. Jeśli brakuje Ci w życiu bycia „tu i teraz” – gorąco polecam długodystansowy szlak.

Kto wie, może kolejnym wyzwaniem będzie Główny Szlak Beskidzki? 🙂 Daj znać w komentarzu, czy planujesz przejście któregoś z długodystansowych szlaków w Polsce. A jeśli przydał Ci się ten post, udostępnij go w swoich mediach społecznościowych lub prześlij komuś, kogo też może zainteresować. Dzięki! 🙂

Koniecznie sprawdź ten post z poradami praktycznymi na MSB:

8 rzeczy, które musisz wiedzieć zanim wybierzesz się na Mały Szlak Beskidzki. Porady praktyczne.

Jeśli interesują Cię inne górskie wycieczki, sprawdź te posty:

Najpiękniejsze szlaki i atrakcje na przedłużony weekend w Bieszczadach.

Najpiękniejsze szlaki i atrakcje w Pieninach w jeden weekend.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *